Z mediów

Z mediów

O małżeńskich wyborach

Kazanie ks. Piotra Gąsiora o małżonkach porzuconych i tzw. prawie do szczęścia.

Do odsłuchania:

——————————————————————————————–

Nowa „parafianka”

Z księdzem doktorem Piotrem Gąsiorem na temat św. Joanny czczonej w Zagórzu koło Chrzanowa rozmawia Franciszek Mróz

Do odsłuchania na stronie internetowej Radia Maryja: http://www.radiomaryja.pl/multimedia/glos-z-krakowa-459/

Głos z Krakowa

 


Jak ksiądz z Krakowa zaprzyjaźnił się

z Joanną? Świętą Joanną.

Chodziła po górach, lubiła modę, miała cięty język. Joanna Beretta Molla to charakterna święta. Z księdzem doktorem Piotrem Gąsiorem na temat Włoskiej świętej, ostatniej kobiety kanonizowanej przez Jana Pawła II, rozmawia Maria Mazurek.

Chcę zrobić z Księdzem wywiad o najmodniejszej ostatnio świętej, której na imię Joanna.
Jeśli miarą bycia modnym jest to, ile osób się z nami zaprzyjaźnia, to rzeczywiście: Joanna Beretta Molla jest w ostatnich latach coraz bardziej „modną” święta. Przyjaźni się z nią coraz więcej krakowian, Małopolan i w ogóle Polaków – młodych małżeństw, narzeczonych, rodziców, kobiet w stanie błogosławionym. Ale nie tylko.

Przyjaźni?

Przyjaźni. Bo święci, wbrew temu, co się nam wydaje, nie są od tego, by ich kalkować, a by się z nimi przyjaźnić. Powiem szczerze, że kiedyś nie łapałem sensu kultu świętych. Myślałem, że przecież Jezus mi wystarcza. Aż zrozumiałem, że święci to są normalni ludzie, którzy popełniali błędy, mieli swoje słabości, zmagali się z życiem i właśnie dlatego możemy z nimi zbudować realną relację. I przecież jeśli nas słuchają (a wierzymy, że słuchają) to na pewno nie chcą, by traktować ich jak woskowe figury albo kukły, a jak przyjaciół. A jeśli tak, to i oni muszą nas lubić. Dlatego nie każdy człowiek zaprzyjaźni się z każdym świętym. Nigdy nie agituję więc na rzecz Joanny. To byłoby tak, jakbym na siłę zmuszał panią, żeby się pani zaprzyjaźniła z moim kolegą ze szkoły.

Mówi ksiądz „Joanna”, a nie „święta Joanna”.

Zazwyczaj mówię po prostu „Joanna”, co nie wszystkim się podoba. Ale ta forma jest dla mnie bardziej naturalna. Piotr, mąż Joanny (Piotr umarł kilka lat temu, już po kanonizacji swojej żony w 2004 roku) nawet zwierzył mi się kiedyś: „wiesz, ja nie potrafię klęknąć i modlić się do swojej żony. Przecież to była moja Joasia”.

Jak więc ksiądz zaprzyjaźnił się z Joanną?

Byłem w Rzymie, był 1996 albo 1997 rok. Pierwsze lata mojej posługi kapłańskiej. Ponad 30 lat po śmierci Joanny. Czekałem na obiad i z nudów wziąłem do ręki gazetę „La Familia Cristiana”. Zaintrygował mnie tytuł jednego artykułu. „La santa contenta”, czyli „Święta zadowolona”. Do tego zdjęcia Joanny: z dziećmi, z mężem, na sankach, na wycieczce. Wszędzie piękna, uśmiechnięta, pełna radości. Nie znałem wcześniej jej historii, ale wraz z każdym akapitem artykułu Joanna urzekała mnie coraz bardziej. Współczesna, nowoczesna kobieta, elegancka, inteligentna, realizująca się jako matka, żona, lekarka, katoliczka. Do tego bardzo konkretna, z charakterem, uprawiająca przeróżne sporty, nierezygnująca z żadnych aktywności. Nieprzystająca do wizerunku świętych-męczennic, choć ostatecznie w wieku zaledwie 39 lat oddała życie za to, by urodzić swoje dziecko. Nie mogłem przestać o niej myśleć.

I postanowił ksiądz szerzyć jej kult w Polsce?

Nie mam wrażenia, że to ja cokolwiek postanowiłem czy wybrałem sobie Joannę na przyjaciółką. Raczej było odwrotnie. Jakby był w tym jakiś palec Boży. Wróciłem do Polski i napisałem do moich znajomych we Włoszech: proszę, przyślijcie mi wszystko na jej temat. Przysłali listy Joanny i Piotra, z okresu narzeczeństwa. Te listy były już wówczas wydane we Włoszech, ale w Polsce mało kto jeszcze słyszał o błogosławionej wówczas Joannie. Postanowiłem je przetłumaczyć na język polski, wydawałem w gazecie parafialnej na osiedlu Kalinowym w Nowej Hucie, gdzie wówczas pełniłem posługę, a później również – w formie książki.

Co w nich było szczególnego?

Biły z nich miłość, ciepło, namiętność. Joanna była dziewczyną, która bez pruderii pisze Piotrowi, jak go kocha. Jak nie może się na niego doczekać. Jak chce się już do niego przytulić – jak żona do męża. Że pragnie z jednej strony bliskości, również cielesnej, a z drugiej – czystości. Kiedy Joanna pisze Piotrowi, że przyjaźni się z Maryją, że codziennie odmawia różaniec, on nie wyśmiewa jej (jak pewnie zrobiłoby większość mężczyzn), nie uznaje za dewotkę, tylko wchodzi w ten dialog (jakże on pięknie pisał, pod względem językowym był lepszy od Joanny, bardziej wyrafinowany, choć jeśli chodzi o treść, nadawali na tych samych falach). Reakcja Piotra jest tu kluczowa, bo pewnie gdyby nie on, Joanna nie zostałaby błogosławioną, a później świętą.

Tacy ludzie nie rodzą się ze świętością?

Zupełnie nie. Tak w przypadku świętych, jak i innych – to ludzie, których spotykamy i nasze doświadczenia nas kształtują. Determinują, kim jesteśmy. Joanna nie była od razu cudowna. W okresie dojrzewania zmagała się z melancholią (a jak pani popatrzy na jej zdjęcia jako dorosłej kobiety, na każdym jest uśmiechnięta), a jako dziecko miała problemy z nauką, szczególnie z językiem włoskim. Do tego stopnia, że kiedyś rodzice zostawili ją na całe wakacje w domu, żeby pobierała korepetycje. Musiała nadrobić materiał, żeby w ogóle zdać do kolejnej klasy. Obecnie wciąż szukam korzeni Joanny, czyli ludzi, którzy mieli na nią wpływ. Żeby zrozumieć, skąd jej świętość. Jeżdżę do jej miasteczka, spotykam się z jej dziećmi, a dopóki żył Piotr – spotykałem się również i z nim. By lepiej zrozumieć życie Joanny, nawet udało się dotrzeć do brazylijskiej dżungli, gdzie jej starszy brat pracował na misji, a ona długo marzyła, by jako młoda lekarka iść w jego ślady.

A jak wyglądało jej dzieciństwo? Bo też pewnie ją ukształtowało.

Na pewno. Pochodziła z niewielkiej miejscowości we włoskiej Lombardii, z rodziny wielodzietnej. Mama urodziła trzynaścioro dzieci, choć piątka z nich zmarła. To był dosyć skromny, ale dobry dom. Mimo że nie było specjalnych luksusów, każde dziecko zostało solidnie wykształcone – wśród rodzeństwa Joanny byli lekarze, farmaceuta, zdolna pianistka. Ojciec wstawał o czwartej i dojeżdżał pociągiem do pracy, do Mediolanu. Matka budziła dzieci, mówiła, że mogą iść z nią na mszę, pakowała do szkoły, szykowała śniadanie. Wieczorem wszyscy wychodzili po ojca na dworzec, żeby pokazać mu, że na niego czekają, że go kochają. Kończyli dzień wspólnie: kolacją i różańcem.

Czyli religia była od początku ważna dla Joanny?

Była od początku obecna w jej życiu, ale moment przełomowy przyszedł dopiero, jak Joanna była w gimnazjum. Mocno przeżyła wówczas rekolekcje, zaczęła prowadzić notatki, coś w rodzaju duchowego zeszytu. Napisała: „Panie Jezu, uczynię wszystko, co chcesz, daj mi tylko poznać, jaka jest Twoja wola”. Ale raczej nie myślała o życiu w zakonie, lecz o świeckich misjach medycznych. Zapraszała też do siebie koleżanki, opowiadała im o Maryi, o różańcu. Czasem jej rodzina wyjeżdżała w góry, na wieś. Tam też Joanna prowadziła takie spotkania. Kiedy ludzie z okolicy nie chcieli puszczać na nie swoich córek, potrafiła powiedzieć ostro: „Wolą mieć dziewczyny do krów”.

Święta z ciętym językiem.

I jaką ikrą, charakterem! Na nasze powiedzielibyśmy o niej: prawdziwa góralka. Czego ona nie robiła! Grała na pianinie, jeździła na nartach, chodziła po górach. I to nie byle jakich górkach – kiedyś próbowałem wejść na jeden z alpejskich szczytów, które zdobyła i wymiękłem, choć należę do ludzi raczej wysportowanych. Chciała przeżyć życie niebanalnie. Brała samochód i jeździła po górskich drogach do pacjentów, ze swoimi dziećmi. Dziś nie jest już niczym szczególnym, jak kobieta ma prawo jazdy, ale 60 lat temu to była ekstrawagancja i spora odwaga. Jak wyszła za Piotra, biznesmena, który kierował ogromną fabryką zapałek, została matką, ale wciąż pracowała jako lekarz i aktywnie działała w Akcji Katolickiej. Na wszystko miała czas. A przy tym była niesamowicie piękna i – czemu miałbym tego nie podkreślić? – kobieca. Czuła, delikatna, dystyngowana. Miała coś, co wiele kobiet już zatraciło. Bywa, że kiedy mówię o Joannie, przychodzą do mnie po mszy parafianie, mężczyźni i wyznają: „Cieszę się, że ksiądz o tym powiedział. Bo ja bym chciał, żeby moja żona była taka, jak Joanna”.

Ponoć interesowała się modą i lubiła pozować do zdjęć?

Święte nam się z tym nie kojarzą, prawda? Ale to wcale ze świętością się nie kłóci. Joanna zawsze była pięknie ubrana, pomalowana. Będąc dziewczyną, potrafiła się nawet zbuntować, jak na potańcówkę w szkole zabroniono dziewczętom przychodzić w makijażu. Prosiła Piotra, który dużo podróżował, aby przywoził jej z Francji żurnale o modzie. Nawet kiedy miała już włókniaka, a jej stan był ciężki, mówiła do męża (pewnie nie chcąc go martwić): „Przynieś mi do szpitala magazyny o modzie, a jak wyjdę, uszyję sobie piękną sukienkę”.

Już jej nie uszyła.

Joanna, w drugim miesiącu swojego ostatniego stanu błogosławionego, sama zgłosiła się do lekarza z objawami, które ją zaniepokoiły. Była pediatrą i chirurgiem, doskonale zdawała sobie sprawę, że nie jest zdrowa. Lekarz, jej znajomy, stwierdził włókniaka macicy i przedstawił Joannie propozycję: „Słuchaj, albo usuwamy macicę razem z dzieckiem i włókniakiem i będziesz zdrowa. Albo zostawiamy, jak jest. Wtedy może donosisz dziecko, ale włókniak będzie się rozwijał”. Joanna wybrała życie dziecka. Powiedziała do Piotra nie będąc jeszcze na lekach, w pełni świadoma: „Gdybym straciła świadomość i mówiła inaczej, nie zmieniaj mojej decyzji”. 21 kwietnia 1962 urodziła swoje czwarte dziecko – trzecią córkę – Giannę Emanuelę. Po kilku dniach Joanna zmarła. Zdążyła jeszcze poprosić Piotra, by zabrał ją do domu. Tam chciała umrzeć i jeszcze raz przytulić swoją maleńką córeczkę.

Gianna Emanuela jest dziś dojrzałą kobietą i zajmuje się kultywowaniem pamięci o matce. Jak ona przyjmuje to, że matka oddała za nią życie?

Dziennikarze często wypytywali Giannę (i w pewnym momencie ona czuła się już tym bardzo zmęczona): „jak czujesz się z tym, że twoja matka umarła, a ty żyjesz?”.

I co odpowiadała?

Na to nie ma prostej odpowiedzi. Ale kiedyś napisała wzruszający list, w którym dziękowała mamie, że żyje.

Z drugiej strony – to właśnie dzięki decyzji o ratowaniu Gianny Emanueli jej mama została świętą.

Nie! Właśnie, że nie dlatego została świętą. Kiedyś na jakimś spotkaniu położne zwróciły mi uwagę: „takich historii jest tysiące”. Tak, odpowiadam – ale w przypadku Joanny to była tylko niejako pieczęć, potwierdzenie jej wspaniałego życia. I to za sposób, w jaki żyła, a nie sposób, w jaki umarła, została kanonizowana. Ten sam błąd popełniamy przy Maksymilianie Kolbe – myślimy, że jest świętym, bo oddał życie, ratując innego więźnia Auschwitz. A jest trochę na odwrót – gdyby Maksymilian nie żył pięknie, nie miałby odwagi, by umrzeć w taki sposób.

Joanna była ostatnią kobietą kanonizowaną przez Jana Pawła II.

Dla Jana Pawła II rodzina była bardzo ważna. Dziesięć lat przed kanonizacją odbyła się oczywiście beatyfikacja Joanny – właśnie na Rok Rodziny. To był wzruszający widok podczas kanonizacji: papież, już zgarbiony, schorowany człowiek siedzący obok drugiego przygarbionego starszego mężczyzny – Piotra. Obaj niedługo potem umarli. Myślę, że Piotr czeka na swoją kolej. I też doczeka się tego, by zostać ogłoszony świętym.

Zanim jednak Joanna została świętą, komisja musiała stwierdzić cud, który wydarzył się za jej wstawiennictwem. Co to było?

Pierwszy cud dokonał się w Brazylii, o której Joanna tak marzyła, w klinice założonej przez jej brata. Wykrwawiająca się kobieta po cesarskim cięciu (usuwali jej martwy płód) zaczęła modlić się przez wstawiennictwo Joanny. Przeżyła, choć to z medycznego punktu niewytłumaczalne. Inny cud za wstawiennictwem Joanny był jeszcze bardziej niesamowity – dziecko rozwijało się w łonie matki bez wód płodowych. Przez cztery miesiące! Lekarze oczywiście mówili tej kobiecie, że ma ciążę usunąć, że to dla niej śmiertelne niebezpieczeństwo, ale nie zgodziła się na to.

Jak dziś szerzony jest kult świętej?

 Założone zostało np. Stowarzyszenie Przyjaciół Joanny, które skupia np. małżeństwa, kobiety oczekujące potomstwa, księży a także siostry zakonne. Co miesiąc są także specjalne msze z błogosławieństwem dla dzieci, z błogosławieństwem dla narzeczonych, organizujemy również co roku karnawałowy bal ze świętą Joanną. Mamy nawet taką niby „usługę” smsową. Jeśli u jakiejś kobiety rozpoczyna się poród wysyła na numer telefonu podany na naszej stronie (www.serenita.pl; proszę zerknąć) smsa z prośbą o wsparcie modlitewne. Ten sms rozchodzi się natychmiast do wszystkich członków i sympatyków stowarzyszenia, którzy w tym czasie modlą się o szczęśliwe zakończenie porodu. Wybudowaliśmy też w tym roku przepiękną górską kapliczkę dla Joanny w Gorcach na Potaczkowej. Została poświęcona dosłownie dwa tygodnie temu. Wydaliśmy film „Święta z sąsiedztwa”. Bo fenomen Joanny polega na tym właśnie, że jest tak łatwo dostępna. To mogłaby być przyjaciółka wielu osób, a szczególnie młodych, wykształconych, realizujących się kobiet.

Wywiad ukazał się na łamach „Gazety Krakowskiej” 15 października 2015 r.

 ——————————————————————————————————-

„Kościoła nie budujemy na umarłych…”

Na pytania Pauliny Piotrowskiej – redaktorki „Gazety Krakowskiej” odpowiada ks. Piotr Gąsior – proboszcz w Zagórzu, doktor antropologii teologicznej.

– Jezus jest prawdziwym Bogiem i zarazem prawdziwym człowiekiem, i On wstał z grobu, zmartwychwstał. Pokazał nam ponadto na przykładzie Łazarza, że nawet nie będąc Bogiem można zostać wskrzeszonym.

Polacy, którzy są chrześcijanami, wierzą w zmartwychwstanie w oparciu właśnie o te fakty historyczne i Bożą obietnicę zawartą w Biblii.

Wiemy, że życie pozagrobowe istnieje, tak samo jak życie po śmierci, które kiedyś będzie również zmartwychwstaniem naszych ciał. Zostało nam to przecież udowodnione przez samego Jezusa Chrystusa, który ukazywał się po zmartwychwstaniu w sposób namacalny.

Pamiętajmy też o tym, że Kościoła nie budujemy na umarłych. Każdy ochrzczony jest w imię zmartwychwstałego Jezusa, który jest żywy. Kościół to wspólnota ludzi wierzących w Boga żyjącego! To bardzo ważne, inaczej nasza wiara nie miałaby sensu. Kościół to nie stowarzyszenie wspominające jakąś postać historyczną, która kiedyś była na ziemi, zrobiła wiele dobra ale jednak zmarła i możemy ją jedynie odwiedzać na cmentarzu.

Oczywiście są i tacy Polacy, którzy są ateistami, ale od nich nikt nie wymaga wiary w zmartwychwstanie. Gdyby uwierzyli, to poprosiliby o chrzest i staliby się wyznawcami Jezusa zmartwychwstałego.

Wywiad ukazał się na łamach „Gazety Krakowskiej” 14 kwietnia 2017 r.

————————————————————-

„Podczas kolędy słyszę niezwykłe historie”

Na pytania Marii Mazurek, dziennikarki „Gazety Krakowskiej” opowiada ks. Piotr Gąsior, proboszcz parafii pw. Wniebowzięcia NMP w Zagórzu, duszpasterz rodzin, doktor antropologii, tłumacz i autor książek m.in. o świętej Joannie Beretcie Molli.

Pyszna babka drożdżowa.

Jest tu, w Zagórzu, jedna pani, która przynosi nam swoje wypieki. Tak po prostu, żeby się podzielić. Tacy życzliwi są tu ludzie. Na wsi jest zupełnie inaczej niż w mieście. Nie ma tej anonimowości, do której służąc tyle lat w Krakowie, zdążyłem się już przyzwyczaić.

Właśnie. Ksiądz ma doktorat, służył w Rzymie, w Krakowie, w Rabce. Czy to zesłanie na wiejską parafię pod Chrzanowem…

… Nie jest degradacją? O to samo, podczas wizyty duszpasterskiej, zapytała mnie ostatnio pewna młoda parafianka.

I jak jej ksiądz odpowiedział?

Kolejnym pytaniem. Czy wartość człowieka zależy od tego, na jakim siedzi krześle, czy od tego, co ma w sercu? Staram się dać jasny przekaz swoim nowym parafianom: jesteście dla mnie tak samo ważni, jak wierni, których poznałem w dużych miastach. Tak samo mi bliscy. A może i bliżsi – bo otwarci na Kościół, na Boga, życzliwi, religijni. To jest jeden z plusów tak zwanego „chodzenia po kolędzie”– po pół roku posługi w nowym miejscu mam okazję przywitać się z każdym parafianinem, przedstawić, porozmawiać. Ten zwyczaj wynika zresztą z prawa kanonicznego, które nakłada na kapłanów obowiązek poznania parafian.

Proboszcz winien nawiedzać rodziny, uczestnicząc w troskach wiernych”. A jednak Polska jest jednym z nielicznych miejsc, gdzie księża chodzą „po kolędzie”.

Bo ten obowiązek może być realizowany na różne sposoby. We Włoszech na przykład ksiądz jest zapraszany na uroczystość pobłogosławienia domu. Ja jednak lubię ten polski zwyczaj chodzenia po kolędzie. Choć to obowiązek, wbrew pozorom, niełatwy. Te kilka pierwszych tygodni stycznia jest dla kapłanów chyba najtrudniejszym okresem w roku. Dziś wychodzę z wizytami duszpasterskimi dopiero o 15, wrócę pewnie koło 22. Ale były już w tym roku takie dni, kiedy zaczynałem kolędowanie o 8.30 rano, a kończyłem po 12 godzinach. A przecież inne obowiązki – odprawianie porannej mszy, nauczanie katechezy, prowadzenie spotkań przy parafii i tak dalej – na ten miesiąc nie znikają. Nie ma jak się wyspać. Można więc spojrzeć na kolędy w ten sposób, że to miesiąc z życiorysu.

A można pewnie i szukać plusów. Jakie ksiądz widzi?

Przede wszystkim przestajemy być dla siebie anonimowi. Tworzy się więź między parafianami a księdzem. Wizyty duszpasterskie likwidują bariery, sprawiają, że parafianie przestają się bać podchodzić do proboszcza. Często to okazja, żeby zadać księdzu jakieś ważne pytanie. Bywa, że coś trapie dzieci i młodzież. Czasem jakieś wątpliwości mają pary żyjące w niesakramentalnych związkach. Zdarzały się sytuacje, że odwiedzałem osoby żyjące ze sobą od wielu lat, z których powiedzmy jedna była po rozwodzie. Ale były współmałżonek już nie żyje. Takie osoby nie wiedziały, że oznacza to, że nie ma już bariery, aby się pobrały. Chodziły do kościoła, modliły się, ale nie przyjmowały Komunii świętej. I jak im mówiłem, że to może się zmienić, oczy szeroko im się otwierały ze zdumienia.

A jeśli w przypadku tych par „bariery” dalej istnieją? Rozwodnik nie może wziąć ślubu, bo była żona żyje? Co wtedy ksiądz im mówi?

Rozmawiam z nimi, pokazuję różne możliwości, łącznie z życiem w tzw. „białym małżeństwie”. Staram się przekazać, że najważniejsze, aby nie traciły wiary, nie odsuwały się od Kościoła, nie zaniedbywały modlitwy. Bóg takich osób wcale nie przekreśla, więc tym bardziej nie ma prawa robić tego ksiądz. Ważne tylko, żeby takie osoby były otwarte, mówiły prawdę, a nie wymyślały historie albo zamykały się w sobie.

Często osoby żyjące  w konkubinatach przyjmują wizyty duszpasterskie?

Dość często.

A osoby żyjące w związkach homoseksualnych?

Ja nie spotkałem się z taką sytuacją.

A jakby się ksiądz spotkał?

Chętnie porozmawiałbym z tymi ludźmi, podziękowałbym im za to, że mnie przyjęli. Ale obowiązkiem księdza jest również przedstawić stanowisko Kościoła i pouczyć. W wizytach duszpasterskich nie chodzi o to, żeby za wszelką cenę było miło.

Jak ksiądz myśli – dlaczego takie osoby nie chcą przyjmować kapłana?

Nie wiem. Pewnie doskonale znają stanowisko Kościoła i nie chcą po raz kolejny go słyszeć. Same czuję się z tym źle.

Ile zwykle trwa wizyta duszpasterska?

Kilka do kilkunastu minut.

Ale są przypadki – jak te, o których powiedzieliśmy sobie przed chwilą – że parafianie potrzebują dłuższej rozmowy z księdzem. Mają pytania i wątpliwości, których nie da się rozwiać w pięć minut.

Zgadza się. Podobnie jest w przypadku ludzi niewierzących czy wątpiących, którzy chcą zadać trudne pytania, na które nie da się odpowiedzieć w dwóch zdaniach. Wtedy umawiam się z takimi ludźmi na indywidualne spotkanie w innym terminie.

Mówiąc o wizytach duszpasterskich, ciężko nie poruszyć tematu tak zwanych „kopert”…

Wie pani, że dawniej ofiara nie była pieniężna? Zamiast tego ludzie oferowali księdzu jakieś dobra: jajka, kurczaki, i tak dalej. W ogóle kolędowanie nieco się zmieniło; niegdyś razem z księdzem i ministrantami szli kościelni, organiści, grabarz… Cała ferajna. Dziś zazwyczaj jest to tylko ksiądz i dwóch ministrantów, którzy po wspólnej modlitwie i pobłogosławieniu domu wychodzą z niego.

I co robią w międzyczasie?

W dzisiejszych czasach, niestety, głównie patrzą w komórki… Powracając do ofiar pieniężnych chcę podkreślić, że nie są one w wizytach duszpasterskich ani najważniejsze, ani nie są ich warunkiem. Nikt nie mówi, ile w kopercie ma się znajdować pieniędzy ani że te koperty w ogóle są konieczne. Naprawdę znacznie ważniejsze jest spotkanie z drugim człowiekiem.

Zapytałam o to, bo niektórzy uważają, że wizyty duszpasterskie są tylko po to, by „ksiądz zarobił”.

Tak uważają jedynie ludzie, dla których całe bycie w Kościele sprowadza się do formalizmów. Tymczasem często odwiedzałem rodziny, które mówiły wprost: „Cieszymy się, że ksiądz tu jest, ale niestety, w tym roku nie mamy możliwości, żeby zostawić ofiarę”. I proszę mi wierzyć, że dla księdza dużo cenniejsze jest to, że czuje się wyczekiwanym i miłym gościem niż to, czy i ile pieniędzy znajdzie w kopercie.

Bywa, że podczas wizyt duszpasterskich spotyka się ksiądz z biedą?

Tak. Wtedy zostawiam takiej rodzinie pieniądze.

W takim sensie, że ksiądz nie przyjmuje ofiary?

Nie, również w takim, że zostawiam dodatkowe pieniądze w tym domu. Czasem też po wizytach organizuję pomoc dla takiej rodziny, na przykład zgłaszam ją do parafialnej grupy charytatywnej.

Ksiądz powiedział, że ważniejsze od koperty jest to, czy kapłan czuje się w rodzinie mile widziany. Czy zatem zdarza się, że podczas kolędy czuje się ksiądz jak intruz?

Zdarza się. Bywało w przeszłości, że jeszcze w trakcie wychodzenia z czyjegoś mieszkania, słyszałem na klatce schodowej komentarz: no nareszcie. To oczywiście skrajność, ale to, czy rodzina cieszy się z wizyty księdza, widać praktycznie od razu po tym, jak wejdzie się do czyjegoś domu.

Po czym?

Po mowie ciała, gestach, mimice, po skrępowaniu, atmosferze niepokoju, próbach zagadania lub – wręcz przeciwnie – po kłopotliwym milczeniu. To są może subtelności nie do wyczucia przez młodego księdza, ale zapewniam – po 26 latach kapłaństwa takie rzeczy się wyczuwa.

To po co takie osoby w ogóle księży przyjmują? Nie prościej po prostu nie otworzyć drzwi?

Czasem takie rodziny są po prostu przyzwyczajone, że „księdza po kolędzie się przyjmuje”. Czasem w ten sposób chcą zrobić przyjemność babci czy dziadkowi. Pewnie bywa, że boją się, co pomyślą sąsiedzi. Albo mają dziecko, które w przyszłym roku idzie do komunii, nie chcą więc „robić sobie problemów”. Choć przecież to, czy rodzice przyjmą wizytę duszpasterską, nie rzutuje w żaden sposób na to, czy dziecko zostanie dopuszczone do sakramentów.

Muszę jednak dodać, że na przestrzeni tych 26 lat mojej posługi odsetek rodzin, które niechętnie przyjmują wizytę, znacznie się zmniejszył. Coraz mniej jest takiego udawania.

Natomiast pewnie zwiększył się odsetek tych, którzy księdza w ogóle nie przyjmują?

Szczególnie w miastach. Tu, w Zagórzu, księdza przyjmują prawie wszyscy. Ale gdy służyłem w Krakowie, zdarzało się, że w bloku, w którym jest 16 mieszkań, przyjmowano mnie tylko w czterech, pięciu. Czasem proporcje były odwrócone, ale jednak widać, że w mieście – a szczególnie w nowych parafiach, na nowych osiedlach – wielu ludzi nie czuje więzi ze swoją parafią.

Pewnie dlatego, że to poczucie więzi parafialnej trudno stworzyć, gdy jeden blok na osiedlu podlega jednej parafii, a sąsiedni już innej. Poza tym w mieście ludzie mają więcej możliwości – i społeczności, z którymi mogą się identyfikować.

Tak. Dlatego wcale nie traktuję przeprowadzki na wieś jako czegoś gorszego. Tu ludzie są bardziej tradycyjni, życzliwsi, prostolinijni – w takim dobrym tego słowa znaczeniu. Widać, że na księdza naprawdę się czeka: dzieci wyglądają przez okno, a dorośli wychodzą po księdza przed dom. Piękny zwyczaj – podobny był w Rabce. Czuje się wtedy, że jest się oczekiwanym. Zdarzyło się również, że rodzina, mieszkająca w oddaleniu od innych domów, ustawiła lampiony wskazujące drogę do siebie.

Czym jeszcze różni się kolędowania na wsi od tego w mieście?

Przede wszystkim: logistyką. Inaczej chodzi się od mieszkania do mieszkania, od bloku do bloku, a inaczej – między domami. Szczególnie, jeśli teren jest górzysty – wizyty duszpasterskie w Rabce były sporym wyzwaniem kondycyjnym. „Kolędowanie” na wsi i w mieście różni się również długością – w miastach księża odwiedzają domy praktycznie tylko popołudniami i wieczorem, bo ludzie pracują, często w korporacjach, i nie mogą „urwać się” wcześniej, a potem muszą jeszcze odebrać dzieci z przedszkola, ze szkoły. Na wsi odwiedzamy parafian czasem przez cały dzień, bo praktycznie zawsze ktoś jest w domu. Tu ludzie również częściej biorą wolne specjalnie po to, by ugościć księdza. To oczywiście zależy od tego, na ile wcześniej parafianie wiedzą o planowanej wizycie duszpasterskiej – dlatego staram się tworzyć grafik wizyt duszpasterskich już w adwencie. Tu, podobnie jak w Rabce, ludzie mają zwyczaj zgłaszać wcześniej, jeśli zapowiadany termin wizyty im nie odpowiada, bo na przykład zaraz po świętach wyjeżdżają za granicę. Przychodzą i pytają, czy mógłbym odwiedzić ich rodzinę wcześniej, że chętnie po mnie podjadą.

Czy zdarza się, że podejmują księdza obiadem?

O tak. Parafianie wiedzą wcześniej, kiedy mniej więcej wypadnie połowa kolędy i umawiają się między sobą, kto ugotuje dla księdza obiad.

I korzysta ksiądz z tego poczęstunku?

Pod jednym warunkiem: że będą jedli wszyscy. Bo głupio, żeby ksiądz zajmował się jedzeniem, a domownicy patrzyli.

Jakie to potrawy?

Pewnie takie, jakie je się w tych domach  na co dzień. Zupa, kawałek mięsa na drugie danie.

Kawę, herbatę ludzie proponują?

Prawie zawsze. Co nie znaczy, że zawsze z tej propozycji jestem w stanie skorzystać. Bo ileż kawy można wypić? Poza tym – z doświadczenia wiem, że lepiej nie urządzać długich posiadówek. Czas ucieka, inni parafianie czekają, ministranci czekają…

A na zewnątrz, przynajmniej w ostatnich dniach, kilkanaście stopni na minusie…

Tu nawet minus dwadzieścia pięć. Nazwałem to duszpasterstwem ekstremalnym.

A czy zdarza się, że podczas tych kolęd spotyka się ksiądz z takimi ludźmi i z takimi historiami, które księdza osobiście uderzają, które są – pytając wprost – cudami?

Super, że pani o to pyta. Bo kiedyś przeżyłem taki szczególny miesiąc wizyt duszpasterskich. Obiecałem sobie, że po każdej kolędzie będę zapisywał przynajmniej jeden przykład działania Bożego. I zapisywałem niezwykłe historie opowiedziane przez parafian: ludzie opowiadali o uzdrowieniach, o pojednaniach po latach, o tym, że praktycznie bez szwanku wyszli z groźnego wypadku. Niektórzy sięgali pamięcią jeszcze do czasów wojennych. I tak powstał mój prywatny pamiętnik małych cudów. To uświadomiło mi, że wyjątkowe działania Boga są widoczne niemal na każdej ulicy, choć normalnie o nich nie słyszymy. I, jeśli mowa o zaletach wizyt duszpasterskich, to te spotkanie z drugim człowiekiem, i to wsłuchanie się w jego historię, jest dla księdza niezwykle cennym doświadczeniem.

Wywiad ukazał się na łamach „Gazety Krakowskiej” 13 stycznia 2017 r.